8 lutego 2010

po prostu być.

Wiesz, naprawdę lubię te chwile, kiedy jest już dawno po północy, z głośników sączy się leniwie Pink Floyd, a mi zasycha w gardle, bo opowiedziałam Ci już tyle i Ty tyle mi odpowiedziałeś, że nie czuję, aby kiedykolwiek moje usta były wilgotne.
 Nadejdzie dzień, kiedy nie będę miała wyrzutów sumienia, że znowu całą magię zepsułam pożegnaniem. Po prostu uśmiechnę się i cicho przejdę przez te piętnaście minut słabości, a potem pomyślę, że to już za ileś czasu i będzie lżej.

A potem będę spać przy Tobie tak długo, aż mi się znudzi i będę się cieszyć, jak wyjedziesz w delegację.

[najgorzej jest, kiedy sobie pomyślę o dzieciach. że trzeba zrobić tyle, naprawdę dużo! żebym nie została złą matką.]

4 lutego 2010

zwątpienie [po raz pierwszy].

Dobrze, że przynajmniej jeszcze z Tobą mam ten wspólny kręgosłup moralny, który wciąż stoi prosto, mimo tych wszystkich ciężarów i brzemion. Dobrze, że możemy nie widzieć się miesiącami, a kiedy się spotykamy, wszystko jest jak zawsze.
Dobrze, że chociaż to jest takie proste, kiedy nie potrafię zrozumieć niczego innego.
Za tą skomplikowaną prostotę dziękuję.

Już widziałam w środku, na wewnętrznym ekraniku wyobrażeń, jak pakuję to wszystko i odsyłam. W końcu mam 10 dni, bez podania przyczyn. Przewijam, puszczam jeszcze raz, jeszcze i raz.
I nie wiem.
Ucieczka jest lepsza.

Leżę w zimnej wannie i pozwalam wodzie spływać po zastygłej twarzy. W obojętności przeraża mnie pustka. Jak sygnał po odłożonej słuchawce.
Nawet to przerażenie nie błyska w źrenicach.

Po kilku minutach pewnie wstanę. Pod skórą może zadrży świadomość, że jednak, że mimo wszystko - nie jestem sama. Że mimo, to jednak coś od genów jest silniejsze. Pokrewieństwo. Ducha.

[chciałam Was wszystkich wreszcie w jednym miejscu o jednym czasie. znowu nie wyjdzie.czy to przez uciekanie...?a może po prostu znowu marzę o niemożliwym.]

1 lutego 2010

dzień drugi.

Oczywiście jest to dzień któryś tam, nieważne, dzisiaj skończyłam wszystko, WSZYSTKO już, więc mogłam się czymś zająć moim wreszcie.
[Czekam na taki dzień w moim domu, kiedy znajdę miód w puszcze po herbacie z napisem "sól".]

Dzień drugi.

 

Jakby ktoś pytał - podłoże unosi się ku tyłowi, tak. Zdjęcie z grzałką, choć profesjonalnie powinno być bez. Ale wyczyściłam ją z kamienia [!], więc podziwiajcie, bo naprawdę, wcześniej nie przypominała grzałki.
Oświetlenie z filtrem są w drodze.
[coraz częściej myślę, że jestem nienormalna. jeszcze nie wiem, czy mi się to podoba.]
Pani w sklepie była niemiła. I korzeń w cholerę kosztował. No trudno.

29 stycznia 2010

ostatki i śmiech.

Czasami, mimo pustki, jesteśmy radośni i cieszymy się z tej porwanej firanki. Choć nie ma wspólnych pogoni ani chóru wrzasków. Choć nie ma ciepłego czarnego futra.Po prostu musimy żyć, więc żyjemy razem, choć trójka zaśmierciła się w dwójkę. I choć - czasami, to bawimy się, mimo że normalnie leżymy na fotelach kontemplując.
Lubię te chwile, kiedy nie liczy się nic już, tylko presto z "Lata" Vivaldiego. Wydaje mi się, że wtedy nic mnie nie zatrzyma, bo kiedyś, dawno, związałam duszę z instrumentem. Z jego siłą. Siłą emocji, której nie da się zabić.
Za to chwilami mi się wydaje, że na tym świecie zawsze chroniły mnie Wilki. I nie chcę pamiętać dzisiejszych koszmarów, gdzie pochylałam się nad [nie]znanym grobem.
Antysens.

28 stycznia 2010

pomyłka.

Dzień pierwszy.



Nie wiem, jak to się stało. Ale stoi. No stoi i czeka, nie wiem na co. Pewnie na tę lampę, którą zamówiłam [lampę! kompletnie mi odbiło]. I nie rozumiem właściwie, tak patrzę się i wiem, że chcę to sama, powolutku, spokojnie.
Kompletnie nie wiem, co chcę tam włożyć. Za dużo rzeczy bym chciała. No ale wróci mój kawałek światka, mój własny, który stworzę i ten będzie r.e.a.l.n.y.

Właściwie to jest nasze akwarium w konspiracji.
Takie nasze pierwsze dziecko. O.

A tu jeszcze tak, trochę półartystycznie:


24 stycznia 2010

teraz.

jest mi słabo, zastanawiam się tylko, czy to z głodu, czy od kleju, który wącham cały dzień.
a potem spadam, w górę, gdzieś głęboko, bo wydaje mi się, że tam, nad chmurami jest bezpieczniej. że tam nad chmurami zobaczę jakiś świt, który odmieni moje życie.
tam gdzieś staniemy, razem, trzymając się za ręcołapy, bo przecież nie ręce, nasze dusze mają puchate ogony, w ustach błyszczą kły, jest w nas coś dzikiego, pierwotnego, co kochamy w sobie nawzajem.
i ten świt odmieni nasze życie.

na zawsze.
tak bym chciała.

21 stycznia 2010

Przedobrzyć.

- Znowu uznałam, że bez sensu będzie kupować psa.
- Dlaczego?
- Zobacz: załóżmy, że wyprowadzam się na stałe w wieku 24 lat. Kupuję dużego psa. Dzieci to pewnie jakieś 27, więc już wtedy pies ma trzy lata. Zostaje mu pięć lat życia. I potem moje pięcioletnie dziecko przeżywa traumę, bo musi żegnać się ze swoim przyjacielem. Nie chcę mu robić takiej krzywdy.
...
-...możesz dać się życiu samemu ułożyć...?

I tym sposobem zanim go nawet wybrałam, już go uśmierciłam.
I tym sposobem nie rozumiem, dlaczego wszystko [wszystko!] musi być u mnie tak chorobliwie zaplanowane.